Tom I - Rozdział V - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Justyna uśmiechnęła się. Spostrzegła była rozkochane spojrzenie, jakie Domuntówna przez mgnienie oka zatopiła w twarzy Jana:

- Piękna panna! - ścigając wzrokiem oddalającą się zauważyła.

- Co do piękności, to bynajmniej! - z widocznym niezadowoleniem odpowiedział - owszem, zdaje się, że nadmiar wielka i gruba! Ale - poprawił się śpiesznie - pracowita i z dobrym sercem, to prawda! Czy panienka uwierzy, że gospodarstwo u niej idzie niegorzej jak u jakiego mężczyzny?... I wszystko ona robić zdoła, taka silna... Przeszłego lata o najemników trudno było, to, aż śmiech powiedzieć, sama z parobkiem kosiła i orała... Wtedy mnie stryj powiedział, żebym jej pomagał bo starego Jakuba bardzo szanuje i do tego głowę sobie nabił...

Zamilkł widocznie czegoś nie dopowiadając; zmieszał się znowu, chrząknął i prędko zagadał:

- Ten Jakub to może już prawie dziewięćdziesiąt lat ma... Francuzów pamięta, a więcej jak pięćdziesiąt lat temu z dziadem pana Benedykta Korczyńskiego na wojnę chodził. Po wojnie ożenił się, już w późnym wieku, i doświadczył wielkiego nieszczęścia. Żonka go porzuciła, a on to sobie tak wziął do serca, że od tego czasu troszkę zwariował. Nie to, żeby całkowicie wariatem był, ale troszkę... Jadwiśka pięknie staruszka dopatruje, lubi jego i pieści jak małe dziecko...

Czuć było, że zbliżali się do wsi dużej i ludnej. Głosy ludzi i zwierząt coraz wyraźniej dawały się słyszeć. U brzegu kończącego się owsa trzej chłopcy, bosi i w białych z grubego płótna ubraniach, z niewielkiej przestrzeni pola zbierali koniczynę. Jeden, barczysty, tęgi i rudowłosy, kosił, a dwaj, młodzi, niedorośli, grabili i zgarniali ściętą trawę w małe kopice. Jan uśmiechnął się, otworzył usta dla powiedzenia czegoś i powściągnął się, na koniec, nie mogąc znać powstrzymać się zupełnie, do kosarza, którego kosa pobrzękiwała i na słońcu pobłyskiwała, zawołał:

- Adaś! a spóźniliście się z koniczyną, aá wstyd patrzeć! Będzie wam za to od ojca!...

Zaczepiony, nie odwracając się, z gniewem odkrzyknął:

- Ciągnij się za swój nos, a o cudzy nie dbaj!

Jeden z młodszych chłopców grablami rześko ziemię drapiąc cienkim głosem zawołał:

- E! ociec dziś na nas i nie patrzy! Z miasta tylko co powrócił i o procesie gada!

- Ja po swojej koniczynie już dziś i zaorałem!- filuternie sprzeciwił się jeszcze Jan.

- Wiadomo! żebyś ty czego lepiej nie zrobił! Znać dudka z czubka! - sarknął znowu kosarz.

- W ojca wrodził się - zauważył Jan do Justyny - taki gniewliwy jak i ociec. Oni mnie streczno-streczni przychodzą, Fabiana Bohatyrowicza synowie... i pomiędzy nami kłótni żadnej nie ma. Tylko tego Adasia najwięcej teraz to gryzie, że mu w jesieni do wojska trzeba iść... Jak sobie na to wspomni, gadziną staje... Jeszcze i czwarty brat u nich jest, Julek, ale taki zawzięty rybak, że go z Niemna ani ściągnąć... Za Niemnem i za swoim psem, Sargasem, świata nie widzi, a do tego troszkę głupi. A siostrę ich, Elżunię, panienka widziała...

Wtem stanął, zatrzymał konie i smutnie wymówił:

- Ot już i okolica, i droga do dworu..,

Zdjął czapkę i w wahającej się postawie na Justynę patrzał.

- Może bym ja - zaczął nieśmiało - panienkę do domu odprowadził, żeby podczas jaki zły pies albo bydlę nie nastraszyło!...

Może jedno z tych nie spełnionych żądań, o których przed chwilą mówił, smutkiem napełniło mu oczy. Może żałował ubiegłej godziny czasu przedłużyć ją pragnąc. Z niepokojem patrzał na tę, tak mu z pozoru obcą kobietę, która w tej chwili wcale go nie słuchając głowę podała naprzód, ciekawe i zachwycone oczy wlepiając w obraz tylko co ujrzany. Był to raczej mały i skromny obrazek wiejskiej zagrody, ale który dziś i z bliska widziany powiał na nią czarem ciszy i świeżości.

- Śliczna zagroda! - zawołała - kto tu mieszka?

- Stryj Anzelm, czyli my wszyscy troje, bo pomiędzy nami we wszystkim jest wspólność.

Mówiąc to dwoma skokami przebył białą drogę wieś z polem rozdzielającą, jednym ruchem ręki otworzył na oścież zamykającą ogrodzenie przezroczystą i niewysoką bramę. Przez bramę tę właśnie Justyna ujrzała część zagrody; teraz, gdy wnętrze jej szerzej odsłoniło się przed nią, szybko postąpiła naprzód.

Jan Bohatyrowicz z czapką w ręku i schyloną w ukłonie głową stał u bramy wyciągniętym ramieniem wnętrze zagrody ukazując...

- Proszę wejść, bardzo proszę wejść i spocząć. Stryj będzie bardzo kontenty i siestry zaraz zawołam... proszę, bardzo proszę...

Nieśmiałość jego zniknęła bez śladu. Na swoich śmieciach puszył się trochę i dumniał, grzeczną przy tym gościnność okazać pragnąc.

Zagroda była dość obszerną. Płot z niewysokich i gładko ociosanych desek zrobiony obejmował dobry mórg ziemi, na której z zielonej jak szmaragd łąki wyrastała setka młodych, przed kilku laty zaledwie zasadzonych grusz, śliw i jabłoni. Gdzieniegdzie te wysmukłe i z widoczną starannością piastowane plonki osypane już były zawiązkami owoców, a tu i ówdzie pomiędzy nimi stare wiśnie stały, całe w potopie czerwonych jagód. Środkiem ogrodu koła wyżłobiły na trawie dość szeroką drogę i gęsto zasiała się na niej biała dzięcielina. Za owocowymi drzewami ze dwadzieścia ulów na błękitno pomalowanych do połowy kryło się w łanie biało i różowo kwitnącego maku, zza którego wystrzeliwały malwy obrosłe płaskim i różnobarwnym kwiatem i ukazywała się gęstwina melisy, bladej na tle ciemnozielonych, wysokich i rozczochranych konopi. Dalej nisko na zagonach rosły lub wiły się warzywa, żółte słoneczniki wzbijały się nad delikatnym lasem białego kminku; tu i ówdzie pod grzędami wyrastały czerwone gaszty i rozpierały się rozłożyste krzaki wieczorników. Stuletnia może sapieżanka gałęzie swe, już bezpłodne, ale nieprzeniknioną gęszczą listowia okryte, kładła na oknach i ścianie domu, którego okiennice i narożniki na biało pomalowane wesoło zza niej wyglądały. Dom, w samej głębi tej sporej przestrzeni stojący, niski był, szary, słomą pokryty, z jednym kominem i słomianą strzechą. Do ogrodu stał boczną ścianą, w której świeciły dwa spore okna, a mały ganek z zębiasto wyrzeźbionym okapem i niskie drzwi do wyjścia miał od dziedzińca, na którym zza niziutkiego opłotku widać było świron ż wystającym i na kilku słupkach opartym dachem i stajnię, przed którą leżała brona, stały kozły do piłowania drzewa i żółciało trochę rozsypanej słomy. Stodoła wyglądała zza domu i kilku tuż przy sobie rosnących lip, a jeszcze dalej, za dziedzińcem i lipami, ledwie widzialny z wysokiej góry, migotał wąski pas Niemna z żółtą za nim ścianą i u samego skłonu nieba ciemną wstęgą boru. Promienie słońca, które pochylało się już do zachodu, igrały po trawie i w gałęziach rozżarzały barwy kwiatów, a wiśnie w wielkie rubiny zmieniały. Nad tym wszystkim, w głębokiej ciszy, dzwonił w drzewach świegot wróbli, brzmiało monotonne, basowe brzęczenie pszczół i wzbijało się morze woni z przemagającym wszystkie inne zapachem świeżo skoszonej trawy.

Świeżo skoszoną trawę grablami zgarniał i w małą kopicę na dziedzińcu składał człowiek dość wysoki, bosy, w ciemnej, do kolan sięgającej kapocie i wielkiej, baraniej czapce. Ta czapka tworzyła mu jakby drugą głowę i uderzający stanowiła kontrast z resztą ubrania. Starym być musiał czy osłabionym, bo ruchy miał powolne i przygarbione plecy. Grable jego nieustannie, ale powoli posuwały się po ziemi, a od polowy ogrodu słyszeć już można było rozmowę, którą prowadził z kim niewidzialnym, za domem znać i płotem dziedzińca stojącym.

- Apelacja już, chwalić Boga, podana i mucha poniesie to, co pan Korczyński w wyższej instancji wygra! - prędko i zapalczywie mówił głos niewidzialnego człowieka.

- A ja sto razy Fabianu mówiłem i sto pierwszy powtórzę, że mucha naje się tym, co my od pana Korczyńskiego wygramy - powoli i monotonnym głosem odpowiedział człowiek grabiący skoszoną trawę.

- Czemuż to tak? - wybuchnęło zza płotu popędliwe zapytanie. - Czy to Anzelm dla naszej powszechności dobra nie życzy?

- Życzę - brzmiała odpowiedź - ale powiadam: po cudze nie sięgaj!

- A jak pokaże się, że wygon nie cudzy, tylko nasz? a Bóg mię ubij na duszy i ciele, że pokaże się tak, a nie inaczej...

- Fabiana adwokat zbałamucił i Fabian wierzy...

- Jeszcze ten nie urodził się, kto by potrafił mnie zbałamucić! Do sąsiada po rozum nie pójdę i nawet u Anzelma jego nie poproszę, choć Anzelmowi jeszcze ta mądrość z głowy nie wywietrzała, co jej kiedyś od wielkich panów nabrał...

Głos niewidzialnego człowieka przybiera ł wciąż popędliwości, aż przy ostatnich słowach stał się rozgniewanym i zgryźliwym. Grabiący trawę z jednostajną wciąż powolnością zaczął:

- Niechaj mnie Fabian wielkimi panami oczu nie wypieka... ja ich dwadzieścia lat nie widziałem i do śmierci już pewno nie obaczę...

- Wszystko równo. Czego się człowiek za młodu nauczy, to i na starość mruczy - dojadał głos zza płota.

Wtem niewielki, kudłaty pies z żółtą szerścią i wydłużonym tak jak u lisa pyskiem, który dotąd spokojnie leżał na rozrzuconej przed stajnią słomie, zerwał się i z głośnym szczekaniem ku ogrodowi poskoczył. Z ogrodu na dziedziniec wbiegła para koni ciągnąc za sobą pług w ten sposób, że łatwo mógł zaczepić o płot albo świroń i zepsuciu ulec. Człowiek w baraniej czapce głowę podniósł.

- A toż co? a gdzież Janek? - na widok samopas pędzących koni żywiej przemówił.

Ale w tejże chwili za czepiającym się już płotu pługiem przyskoczył Jan, bez czapki, która w ogrodzie na trawie leżała, zaczerwieniony i zdyszany. Jednym zamachem rąk pługowi nadał właściwy kierunek, lejce podjął i konie, które głosowi jego posłuszne były jako dzieci, przed stajnią zatrzymał. W mgnieniu oka przy stryju znalazł się i za ramię go pochwycił.

- Stryjaszku! żeby stryjaszek wiedział, jakie mnie dziś szczęście spotkało...

Ręce jego drżały, głos dygotał - w palcach ściskał kapotę starego, który z rąk grable wypuścił.

- A toż co? Kto tam w sadzie?

Żółty pies minąwszy pług i konie ze szczekaniem wpadł do ogrodu.

- Mucyk! - rzucając stryja wołał za nim Janek- pójdź tu, Mucyk!... ,

- Daj pokój Mucyku! Kto to taki? Pani jakaś? czego ona...

Z dłoni sobie daszek nad oczami robił i w głąb ogrodu patrząc usiłował rozpoznać rysy kobiety, dokoła której zwijał się poszczekując uspokojony już Mucyk.

Jan stryja za rękę chwycił.

- Z Korczyna... panna Justyna. Stryj wie... ta, co to ja stryju zawsze opowiadałem... Niech stryj idzie i przywita się...

Ze zdziwieniem i prawie przerażeniem przygarbiony człowiek cofnął się ku domowi.

- A toż co? - zawołał - z Korczyna... na co? po co? dla jakiej przyczyny?...

- Bardzo jej upodobało się u nas, przyszła spocząć... niechże stryj idzie...

Ale stary plecami przyparł się do ściany domu.

- Na co mnie? nie pójdę... kiedy ją przywiodłeś, to idźże do niej sam...

- Kiedy mnie konie odprząc i nakarmić trzeba!- gwałtownie szeptał Jan i za obie już ręce opierającego się pociągał. - Stryjku, stryjaszku, mój mileńki! Mój rodzony! proszęż iść... prędko... ona w gościnę do nas przyszła... proszę iść...

- Wariat ty, Janek, czy co? Ze wszystkim jak u wariata oczy błyszczą... czego ty mnie tam ciągniesz?... sam idź!

- A konie! I czy to pięknie, żeby stryj sam gościa w swojej chacie nie przywitał?... Proszęż już iść... prędzej... mój rodzony!...

Bosy i przygarbiony człowiek otulał się swą kapotą, głową w wielkiej baraniej czapce trząsł przecząco, do ściany wciąż się przypierał, ale przemoc, którą ten oszalały w tej chwili chłopak na nim wywierał, była widoczną. Wyrywając ręce swoje z jego dłoni, wpół z gniewem, wpół ze zgryzotą zawołał:

- A puśćże już! Niechajże choć buty wdzieję! Ze wszystkim wariat!

- Pójdzie stryj?

- A już pójdę... ale niech buty wdzieję...

Zniknął w głębi domu; Jan wpadł jeszcze do ogrodu.

- Niech panienka będzie łaskawa siądzie, zaraz stryj przyjdzie... ja konie odprzęgę...

I rzucił się ku stajni, do koni.

W dużym tym ogrodzie, który był zarazem owocowym, warzywnym i kwiatowym a także łąką i pasieką, znajdowała się jedna tylko ławka, przy ścianie domu pod dwoma oknami stojąca, z wąskiej, na dwu słupkach opartej deski złożona i tak długa, że dziesięć osób rzędem na niej usiąść by mogło. Tuż przed nią wyrastał z trawy szereg sztywnych malw, nieco na prawo pszczoły nad błękitnymi ulami i różowymi makami brzęczały. Z tej ławki podniosła się wysoka i kształtna kobieta, z głową czarnymi warkoczami owiniętą i śniadą twarzą, o rysach wydatnych, którą rzeźwiące powietrze pola oblało teraz świeżym rumieńcem. Pomiędzy malwami, sama do pysznie rozwiniętego kwiatu podobna, stała w nieśmiałej trochę postawie, a szare jej oczy z dala już wpatrywały się w zbliżającego się ku niej człowieka. Nie był on dla niej całkiem nie znanym. Zasłyszała coś była o przeszłości jego, wspólnej z przeszłością Korczyńskich, z tą przeszłością, o której teraz prawie nigdy nie wspominano w Korczynie, lecz której niestarte pamiątki tkwiły w sieroctwie Zygmunta, w wiecznej żałobie jego matki, w położeniu, sposobie życia i posępności oczu Benedykta. Domyślała się także czegoś, czegoś więcej nad przelotną znajomość, co niegdyś zachodzić musiało pomiędzy człowiekiem tym i Martą. Z bliska, pomimo ruchów ociężałych i przygarbionych pleców, mniej staro wyglądał on niż z daleka. Z twarzy jego o rysach ściągłych i regularnym profilu poznać można było, że nie miał więcej jak lat pięćdziesiąt, ale była to twarz cierpiąca i zamyślona, z cerą od słońca trochę zaróżowioną, z zapadłymi policzkami i spłowiałym błękitem oczu. Ze sposobu, w jaki zbliżył się do nie znanej sobie kobiety, z ukłonu, jaki jej oddał, znać było, że dworne obyczaje nie były mu całkiem obce. Uchylił nieco baraniej czapki, lecz wnet ją znowu włożył na głowę.

- Jestem Anzelm Bohatyrowicz - powolnym swym i monotonnym głosem wymówił - przepraszam, że w czapce ostanę, ale taką mam głowę, która lęka się przeziębienia...

Było w nim coś obojętnego i przymuszonego, kiedy dłonią swą dotknął ręki, którą śpiesznie podała mu Justyna. Wzrokiem twarz jej omijał, a pod krótkim, siwiejącym wąsem bladawe jego usta zarysowywały linię surową. Jednak dwornym znowu gestem wskazał ławkę mówiąc:

- Proszę, bardzo proszę siąść i odpocząć...

Sam w stojącej postawie pozostał i daleko kędyś patrząc milczał. Pomimo usiłowań, które czynił, aby okazać się grzecznym i gościnnym, czuć w nim było dzikie boczenie się od ludzi i ukrywane, lecz niepozbyte uczucie niechęci. Spostrzegła to Justyna i ze zmieszaniem zaczęła:


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Nad Niemnem - streszczenie
2  „Nad Niemnem” a „Pan Tadeusz”
3  Charakterystyka Janka Bohatyrowicza



Komentarze: Tom I - Rozdział V

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 





Streszczenia książek
Tagi: