Tom II - Rozdział V - klp.pl
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Dobry wieczór... - zaczęła w progu, ale gdy spojrzenie jej upadło na stojącą obok Jana Justynę, zdawać się mogło, że nagle oniemiała.

Stary Jakub za to uwolniwszy się od ramienia wnuczki dygocącym krokiem ku gospodarzowi chaty postępował srożąc się coraz bardziej.

- Gdzie Pacenko? Niech mnie pan Szymon zaraz powie, gdzie tego krzywdziciela i naigrawcę mojego ukrył... a jeżeli nie powie, to jak mi Bóg miły, chatę zrewiduję i sam znajdę... a jak znajdę, to pomstę na nim wywrę za to, że mi kobietę na całe życie nieszczęśliwą uczynił, a mnie w g a ń b i e pogrążył...

- Znowu dziadunia Pacenką nastraszyli? - Na Jadwigę patrząc zapytał Anzelm.

- A jakże! - odzyskując mowę zawołała. - Taki był dziś spokojny, grzeczny, rozumny, jak już lepiej i nie potrzeba. Zjadł na kolację kwaśnego mleka i mówi: "Jadwiśka, pójdziem sobie którego sąsiada nawiedzić". "Może pana Szymona?" zapytuję, bo już wiem, że gdyby powiedzieć: pana Anzelma, zaraz obruszyłby się i powiedział: "Ja do błaznów nie chodzę". On zawsze myśli, że pan Anzelm młodym kawalerem jest, a gospodarzem w chacie nieboszczyk pan Szymon. Poszedł i pięknie, grzecznie szedł sobie nawet siłę dobrą mając, bo tylko troszkę opierał się na kiju; aż tu jak wyskoczą chłopcy zza płotu, jak krzykną mu w same ucho: "Pacenko przyjechał i znów babulkę zabierze!" Aż zatrząsł się cały, i żeby nie ja, na ziemię padłby... i już teraz nijak jego nie wstrzymać ani wyperswadować... drze się naprzód, że i zawrócić go do chaty nie zdołałam...

Stary tymczasem kijem wywijając i groźnie pokrzykując z kąta do kąta dreptał we wszystkie pilnie zaglądając, ciemną bokówkę nawet obejrzał i do świetlicy wróciwszy pod wielką kanapą kijem czas jakiś wodził, aż do pieca przydreptał i chciał zajrzeć w znajdujące się pod nim małe sklepienia. Ale usiłując pochylić się do samej ziemi równowagę stracił i całym ciężarem swego wyschłego, lecz kościstego ciała na podłogę runął. Najbliżej upadającego znajdująca się Justyna najprędzej znalazła się przy nim i pochylona już zręcznym ruchem głowę jego podnosiła, gdy rubasznym i wyraźnie rozgniewanym ramieniem odtrąconą się uczuła.

- Za pozwoleniem, proszę dziadunia mego nie ruszać... już ja sama dam rady... już co się tyczy dziadunia, to on pewno do mnie należy... - prędko i plączącym się ze wzruszenia językiem zagadała Domuntówna.

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 -  - 19 -  - 20 -  - 21 -  - 22 -  - 23 -  - 24 -  - 25 -  - 26 -  - 27 -  - 28 -  - 29 - 


  Dowiedz się więcej
1  Charakterystyka Zygmunta Korczyńskiego
2  Kult pracy w „Nad Niemnem”
3  Czas i miejsce akcji Nad Niemnem



Komentarze
artykuł / utwór: Tom II - Rozdział V







    Tagi: