Tom I - Rozdział IV - klp.pl
klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Jak dawno ja panią... pannę Marię... czy można, jak dawniej, mówić: Maryniu?

- Można - odszepnęła rumieniąc się po brzegi jasnych włosów i ukazując w śmiechu rząd śnieżnych zębów.

- A pani... Maryniu, będzie mi mówić po imieniu?

- Czemużby nie? - ze zdziwieniem odpowiedziała.

- Dawno cię już nie widziałem, moja droga, kochana Maryniu! Dwa lata nie byłem w domu... Jak ty od tego czasu urosłaś...

- I ty, Widziu, zmieniłeś się trochę.., zmizerniałeś...

- Pracuję... uczę się... myślę... A ty co porabiasz?

- To co i dawniej: mamie w gospodarstwie pomagam, młodszą siostrę uczę.., ogród warzywny i nabiał zupełnie już do mnie należą...

-Ostatnie słowa z dumą wyrzekła.

- A stara Maksymowa czy żyje? - zapytał Witold.

- Żyje, zdrowiuteńka!

- To dobrze! A też dzieciaki, nad którymi dwa lata temu tak ślęczałaś?

- Już czytać umieją...

- Moja ty droga, dobra!... jak ja się cieszę, że zobaczyłem ciebie! Ile ja tobie do powiedzenia mieć będę.

- Przyjedziesz do Olszynki?

- A jakże! przyjadę, przyjadę! nie raz, sto razy!

Z dziecinnym uszczęśliwieniem, od którego oboje drżeli prawie, Witold Korczyński i Marynia Kirlanka patrzali sobie w oczy. Wtem, jakby wtór do ich radości, rozległy się w salonie naprzód fortepianowe akordy, a potem przeciągłe tony skrzypiec. Przed chwilą pani Emilia uczuła, że dalsze rozmawianie z gośćmi stawało się dla niej coraz trudniejszym; sztuczne podniecenie, które z rana uczyniło ją żywą i mówną, ustępowało przed znużeniem i osłabieniem; szczupła jej kibić garbiła się i opadała na poręcz kanapy, po prostu siły ją opuszczały. Gasnącymi oczami porozumiała się z Justyną, która wstała i zbliżyła się do fortepianu. Orzelski, który po wysączeniu z kieliszka ostatniej kropli likieru i kilku krygach wykonanych przed rumieniącą się Teresą Plińską, drobnymi swymi kroczkami kręcił się dokoła swych leżących na fortepianie skrzypiec, ujął je teraz powoli; z lubością, jak najmilsze dziecię, i z oczami rozkosznie przymrużonymi smyczkiem po strunach powiódł.

Dźwięki muzyki napełniły salon. Ojciec i córka grali jakąś piękną, długą i trudną kompozycję, przy której stopniowo, ale zadziwiająco Orzelski zmieniał się i przetwarzał. W miarę rozwijania się i potężnienia tonów spod smyczka jego wychodzących stary muzyk także wyrastał, usubtelniał się, szlachetniał. Niewielka i pękata postać jego nabierała linii prostych, niskie i białe czoło, z którego w tej chwili zniknęły wszystkie zmarszczki, wysoko podnosił, wzrok promienny, natchniony daleko kędyś posyłał: Lotne marzenia i skrzące zapały, morza rozkoszy i smutku ze strun skrzypiec lejąc się w jego piersi co chwilę zmieniały grę jego rysów ścierając z nich wszelki ślad pospolitości i głupoty. W tym natchnionym artyście aniby poznać było podobna tego smakosza i zmysłowca, który przed chwilą nie mógł rozstać się z talerzem i słodkie oczy robił do starej panny z obwiązanym gardłem; ani tego dobrodusznego, głupowatego starca, który bez cienia urazy poddawał się drwinom znajomych. Było to prawie czarodziejstwem, a tą czarodziejką, która go różdżką swoją dotknęła, była wielka, całe długie już życie tego człowieka przenikająca namiętność.

Oznacz znajomych, którym może się przydać

strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 -  - 8 -  - 9 -  - 10 -  - 11 -  - 12 -  - 13 -  - 14 -  - 15 -  - 16 -  - 17 -  - 18 -  - 19 -  - 20 -  - 21 -  - 22 -  - 23 -  - 24 -  - 25 - 


  Dowiedz się więcej
1  Czas i miejsce akcji Nad Niemnem
2  Charakterystyka Janka Bohatyrowicza
3  Kult pracy w „Nad Niemnem”



Komentarze
artykuł / utwór: Tom I - Rozdział IV







    Tagi: